poniedziałek, 17 kwietnia 2017

165. Nowości w biblioteczce


Hej! Pewnie gdybym miała zebrać wszystkie nowości, które pojawiły się u mnie w ostatnim czasie, ten stos nie miałby końca. Ostatnio bardzo często kupowałam coś do swojej rosnącej kolekcji i sama już gubię się w kolejności, w której przybywały do mnie kolejne książki.

Niedawno jednak zrobiłam "wiosenne" zamówienie z bonito i przybyło do mnie 7 nowiutkich, pachnących świeżym drukiem lektur.

Jak to ja, nie obyło się bez "około skandynawskich" pozycji. Jestem bardzo ciekawa Życia po duńsku! Z tej serii mam już Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych, który okazał się dosłownie kopalnią wiedzy o krajach Północy, więc z tą książką wiążę nie małe nadzieje. I cóż, że o Szwecji okazało się pięknie wydaną książką z równie pięknymi zdjęciami. Już ją czytam i jak na razie nie mam co do niej żadnych "ale". Mitologię nordycką zobaczyłam przez przypadek w momencie składania zamówienia, przeczytałam więc o niej sporo opinii (zwłaszcza tych pochlebnych), a cena kusiła, więc i na nią się zdecydowałam. 

Sjefsowani to tematycznie książka pasująca do kierunku studiów, który wybrałam. Jest księgarnianą nowością i już przed jej premierą wiedziałam, że na pewno ją przeczytam. Na razie leży na półce, ale jak tylko uporam się z teraz już 11 książkami, które aktualnie czytam, zabiorę się i za nią.

On wrócił to pozycja, o której słyszałam już bardzo dawno temu. Przypomniałam sobie o niej, gdy wydawnictwo wab wydawało książki w edycji kolekcjonerskiej i bez zastanowienia i ją dodałam do aktualnego zamówienia.

13 powodów natomiast jest książką, o której teraz bardzo głośno przy okazji wyprodukowanego przez Netflix serialu. Ubolewam, że mam tę serialową okładkę, ale to przecież zawartość się liczy. Również teraz ją czytam, a gdy tylko skończę, pojawi się na blogu recenzja, także czekajcie!

Stosik kończę Złą krwią. Jestem bardzo ciekawa tej trylogii, ale na razie zamówiłam jedynie pierwszy tom. Jeśli mi się spodoba, z pewnością zaopatrzę się w dwa pozostałe.

Wy też postanowiliście zaopatrzyć się w coś nowego na wiosnę? A może to Zając Was czymś obdarował?

wtorek, 4 kwietnia 2017

164. Podsumowanie zimy


Hej! Od kilku dni gości u nas przeklęte słońce, które sprawia, że dni są coraz cieplejsze. Tak, wiosna nadeszła na dobre, a to oznacza, że czas w końcu schować czapkę i ciepłe szale do szafy, wyciągnąć trampki i spróbować zaakceptować pogodę. 

Postanowiłam podsumować więc cały okres zimowy. Choć niewątpliwie na blogu działo się bardzo mało, to jednak w moim życiu, nie tylko książkowym, sporo się wydarzyło. Ja jednak skupię się przede wszystkim na tej czytelniczej stronie.

Grudzień, styczeń, luty i marzec były bardzo intensywnymi miesiącami. Głównie zajmowałam się pracą i studiami, bo tak, zaczęłam w końcu pisać swój licencjat! Jestem z tego bardzo dumna, bo uwierzcie mi, z dnia na dzień coraz większym problemem stawało się dla mnie napisanie choć kilku stron. Nie jest to wina tematu, bo uwielbiam czytać, zajmować się szeroko pojętą reklamą internetową, blogami i decyzjami konsumenckimi, a skoro mogę tutaj pisać o czymś takim jak zakup książek, to po prostu bajka. Moją winą stało się więc lenistwo. Ujmę to wprost - wolałam po prostu czytać, oglądać seriale i spędzać czas w gronie najlepszych znajomych.

Z tego względu zimą przeczytałam naprawdę sporo (jak na mnie), bo aż 17 książek. Znalazły się tam obowiązkowe już u mnie pozycje o krajach Północy, jak Hygge. Klucz do szczęścia czy Nordicana. Za co kochamy Skandynawie, a także, napisana przez autorkę MuminkówCórka rzeźbiarza. Nie mogło zabraknąć obiecanej mi literatury anglojęzycznej - przeczytałam The Foxhole Court, w których to Lisach się zakochałam, a także milk and honey. Udało mi się przeczytać zalegającą od czerwca u mnie na półce dającą wiele do myślenia Historię pszczół (recenzja na pewno się wkrótce pojawi). Przeczytałam też kilka okołokryminalnych książek, thrillerów, czyli Biel Helsinek, która bardzo mi się spodobała, dwie książki o płatnych zabójcach (Numer Thomasa Berrymana oraz Spowiedź mordercy), a także młodzieżówkę o przygodach Lumikki autorstwa Salli Simukki. 

A skoro mowa o serialach (których też sporo teraz oglądam), to bardzo spodobały mi się Gilmore Girls. Nawiązuję więc tym do pewnie znanego Wam wyzwania czytelniczego Rory Gilmore. Nie uważam, bym brała w nim udział, ale książki z tej listy czytelniczej w głównej mierze są książkami, które od zawsze chciałam poznać. Tak więc mam więc za sobą Kruka, 451 stopni Fahrenheita, Opowieść miłosną, Dziwny przypadek psa nocną porą.

Po szczegóły zapraszam na moją listę przeczytanych książek w 2017 roku o tutaj.

Wiosna zapowiada się dla mnie dobrze, chociażby z jednego prostego faktu - czytam aktualnie 10 książek naraz. Nie jest to dla mnie nic dziwnego, bo nie jestem typem osoby, która potrafi czytać jedną książkę, skończyć ją i dopiero rozpocząć kolejną. Najchętniej chłonęłabym te wszystkie historie jednocześnie!

A jak Wam poszło zimą? Jak skończył się dla Was marzec? I jakie są Wasze plany na najbliższe miesiące?

niedziela, 26 marca 2017

163. Nora Sakavic - The Foxhole Court


Doskonale pamiętam moment, w którym zdecydowałam się kupić The Foxhole Court. To było jak impuls, myśl - "kupuję" i zamówiłam. W dodatku nie tylko pierwszy tom, ale od razu całą trylogię. Z dumą teraz patrzę na swój regał, widząc na nim książki z serii All for the game.

The Foxhole Court rozpoczyna historię o nastoletnim Neilu Jostenie, który właśnie kończy liceum. Jest on również graczem Exy, czyli sportu, który jest połączeniem hokeja i lacrosse. Na jednym z meczy dostaje on propozycję trafienia do uniwersyteckiej drużyny, The Foxes i po wielu wątpliwościach, w końcu zgadza się na kontrakt. Tutaj też zaczyna się jego przygoda z Lisami i zmierzeniem się z mroczną przeszłością.

Już od razu mogę powiedzieć i jednocześnie zdradzić Wam, jaka jest moja ocena tej książki - ona jest po prostu doskonała.

Zacznijmy od bohaterów. Ciężko wybrać mi konkretnie tego ulubionego i przed zakończeniem trylogii nawet nie będę próbowała tego robić. Każdy z nim ma w sobie to coś, co sprawia, że się nim interesuje i fascynuje jednocześnie. Przede wszystkim, dla mnie, oni są autentyczni. Skomplikowani, ale mający takie zwyczajne, ludzkie odruchy (czego wielu w niektórych książkach brakuje). Cieszę się również z faktu, że mimo mnogości bohaterów, Nora Sakavic nie poprzestała na opisie tylko tych głównych.

Z tego co zdążyłam wyczytać w innych opiniach i recenzjach, The Foxhole Court jest jednocześnie tylko wstępem do wydarzeń które dzieją się w dalszych tomach. Być może dlatego akcja nie biegnie tutaj w zadowalająco szybkim tempie. Nie było to jednak coś, co bardzo by mi przeszkadzało. Wszystko działo się tak, jak w prawdziwym życiu może się wydarzyć. Na wszystko było tutaj miejsce i czas. Dzięki temu Nora Sakavic nie pozostawiła czytelnikowi żadnych niedomówień. Przez to też nie można określić konkretnego punktu kulminacyjnego, ale wydaje mi się, że nie jest to książka, w której ten punkt byłby potrzebny.

Zastanawiałam się, jak mi będzie się czytało The Foxhole Court, a mianowicie czy podołam językowi i historii, której kompletnie nie znam. Nie miałam jednak z tym większych problemów. Kilka słówek musiałam sobie tłumaczyć, ale generalnie wydaje mi się, że książka jest napisana językiem, z którym można sobie spokojnie poradzić. Choć spotkałam się też z innymi opiniami na ten temat.

Okładki są tutaj głównym atutem wizerunkowym - są perfekcyjne w swoim minimalizmie. Jedyne co ewidentnie mi przeszkadzało to brak wyjustowania tekstu. Ale jestem po prostu osobą, która nie trawi rzeczy, które nie są wyjustowane. Poza tym białe kartki zbytnio mi nie przeszkadzają, rzadko kiedy zwracam zresztą uwagę na papier.

Podsumowując, The Foxhole Court to książka, obok której nie powinniście przejść obojętnie. Przekazuje wiele wartości (o których opowiem już po przeczytaniu całej trylogii), jest doskonale zbudowana i dopracowana. Żałuję, że nie została wydana w Polsce i jednocześnie marzę o chwili, w której dowiem się, że jednak to się wydarzy. Jeśli nie macie większego problemu z językiem, przeczytajcie ją koniecznie.


Nora Sakavic, The Foxhole Court, Smashwords Edition, USA 2013, s. 256. 

poniedziałek, 20 marca 2017

162. Rupi Kaur - Milk and Honey


Poezja nigdy nie była mi obca. Już od dzieciństwa uwielbiałam wiersze - to one przemawiały do mnie bardziej niż zwykłe bajki, za którymi szalała reszta przyjaciół z podwórka. Chodząc do szkoły, uwielbiałam lekcje języka polskiego właśnie te, na których omawialiśmy wiersze. Choć nie zawsze zgadzałam się z koncepcją nauczyciela, to nie bałam się mówić tego, co uważałam, że miał na myśli autor. Do utworów Rilkego czy Baczyńskiego potrafiłam wracać codziennie, a sama chętnie sporo pisałam. Gdy więc na rynku zagranicznym pojawił się tomik Milk and Honey, w dodatku tak cudownie wydany, wiedziałam że niedługo sama po niego chwycę.

Milk and Honey podzielony został na cztery części: the hurting, the lovingthe breaking i the healing. Całość dla mnie połączona została kończącym krótkim listem autorki do czytelników.

Czytałam wiele opinii o tym tomiku przed jego przeczytaniem, a także po tym, jak już go przeczytałam. Niemal w każdej z nich spotkałam się ze zdaniem, że Milk and Honey adresowane jest przede wszystkim do kobiet. Ja tak nie twierdzę. Uważam wręcz, że dzieło to powinien przeczytać każdy bez wyjątku. Są w nim opisane co prawda uczucia kobiety - straszne, kontrowersyjne, wzruszające i prawdziwe. Ale to właśnie powinien poznać każdy. By się utożsamić z niektórymi lub większością z tych wierszy, a także by zrozumieć drugą jednostkę, bliźniego, przyjaciela, partnera. Według mnie Milk and Honey skierowane jest do każdego w tym świecie bez względu na płeć, wiek (no może nie dla dzieci),rasę, czy miejsce zamieszkania.

Nie da się ukryć, że wiersze składające się na ten tomik poezji z reguły są krótkie i proste. Myślę, że taki właśnie był zamysł Rupi Kaur. Stworzyła coś, co nie będzie trudne w odbiorze, ale co jednocześnie opisze i wręcz dosadnie przedstawi jej uczucia. To właśnie przez to niektóre z nich wyszły wręcz kontrowersyjnie, choć dzięki temu prawdziwie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na sposób w jaki wydane jest Milk and Honey. Rysunki doskonale odzwierciedlają prostotę i dosadność wierszy. Zawsze podziwiałam prace, który potrafiły obronić się samą prostą kreską i tutaj tak jest. Wystarczy kilka kresek by powstał majstersztyk, który idealnie dopasowuje się do treści Milk and Honey.

Mimo polskiej premiery, sama przeczytałam Milk and Honey w oryginale i uważam, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Wielokrotnie próbowałam ten sam wiersz ułożyć sobie w głowie po polsku, jednak dla mnie to po prostu nie brzmiało. Nie zrozumcie mnie źle. Polski jest dla mnie pięknym językiem. Sporo treści będzie brzmieć tutaj dobrze myślę, że w każdym języku, ale nie oszukujmy się - wiele z tych wierszy napisanych zostało tak, że tylko po angielsku będą one i brzmiały, i zwyczajnie wyglądały dobrze, a po polsku będą po prostu śmieszne. Niemniej ciekawa jestem jak wyszło Mleko i Miód, aczkolwiek wątpię bym chwyciła za ten tomik po polsku w najbliższej przyszłości.

Jak wyżej pisałam, Milk and Honey powinien przeczytać każdy. I właśnie dlatego Wam go polecam. Fenomen ten książki jeszcze zanim trafiła na polski rynek nie jest tutaj bezzasadny. Zdaję sobie sprawę, że z początku możecie się dziwić, jak takie proste słowa mogły się stać tak popularne. Przez około pięćdziesiąt procent książki myślałam tak samo i zastanawiałam się, skąd wziął sie ten szał na twórczość Rupi Kaur. Brnęłam dalej, bo czułam, że coś w tym musi być. Przeczytałam list, który kończy Milk and Honey i wtedy dotarło do mnie, dlaczego. Uwierzcie mi - ten tomik w mniejszym lub większym stopniu jest o każdym z nas. Przeczytajcie, a zakochacie się w nim.


Rupi Kaur, Milk and Honey, Simon + Schuster Inc., 2014, s. 204.

Źródło zdjęć: tumblr.com

niedziela, 1 stycznia 2017

161. Podsumowanie 2k16

Pewnie mało kto z Was spodziewał się jakiegokolwiek postu tutaj. Tak, zniknęłam niespodziewanie. Od ponad dwóch miesięcy nie publikowałam nic, a wcześniej rzadko kiedy byłam systematyczna. Przepraszam. Tym razem zapowiem jednak, że pierwsza połowa 2017 będzie podobna. Licencjat wisi nade mną. Dziś 1 stycznia, a ja nadal nic nie zrobiłam, prócz opracowania tematu i spisu treści.

Teraz jednak przychodzę do Was z podsumowaniem 2016 roku (wiem, bardzo oryginalny post w tym czasie, ale wydaję mi się, że jakakolwiek jego forma jest w tym okresie obowiązkowa). 


2016 był dla mnie z jednej strony szczęśliwym, a z drugiej wręcz przeciwnie, rokiem. Pod względem czytelniczym jestem jednak jak najbardziej zadowolona. Miałam swoje wzloty i upadki, jednego miesiąca czytałam więcej, a w innym potrafiłam nie chwycić za żadną książkę przez dwa tygodnie. Mimo wszystko, jestem dumna z osiągniętego wyniku. 

Przeczytałam aż 64 książki i będę się tym wynikiem bez wstydu chwalić każdemu! Jednocześnie więc wykonałam wyzwanie, w którym można powiedzieć, że wzięłam udział, a mianowicie 52 Books Challenge. W 2017 również zaplanowałam sobie, że będę czytać przynajmniej jedną książkę tygodniowo. Choć z tym bywa różnie. 

Ciężko wymienić mi te najlepsze książki, które przeczytałam. Na pewno były nimi Graficzna podróż oraz Hygge. Klucz do szczęścia. Prócz tego były Kobiety Bukowskiego, Uroczysko, Historia pszczół, Dziewczyna z pociągu, pierwsza część sagi Millenium i Rok 1984. 


Nie mogło zabraknąć tutaj Skandynawii, która dominowałam w praktycznie każdym miesiącu. Ale i tak najbardziej cieszę się z faktu, że odważyłam się czytać anglojęzyczne powieści. Z tego jak na razie nie mam zamiaru rezygnować, a co więcej - planuję czytać więcej właśnie w tym języku.

Wam życzę szczęśliwego i przede wszystkim zaczytanego 2017! Oby był lepszy niż 2016 lub przynajmniej jemu dorównał.